Od „Prawa do Miasta” do „Krakowa Przeciw Igrzyskom”. I z powrotem?

Lokalne referendum, w którym przepadł pomysł organizowania Igrzysk Olimpijskich w Krakowie, jest powszechnie uznawane za sukces ruchów oddolnych. Jednakże, w beczce miodu jest i sporo dziegciu. M. in. z powodu słabości ruchu anarchistycznego.

Bo wszystko zaczęło się od inicjatywy lokatorsko-anarchistycznej – Miasteczka Namiotowego na Rynku Głównym, wiosną 2012 r. Miasteczko miało być długotrwałą demonstracją na rzecz poważnego traktowania problemów lokatorskich przez władze gminy, oraz politycznego upodmiotowienia mieszkańców. Formuła Miasteczka była otwarta, stąd na płycie Rynku zasiedli pospołu z anarchistami przedstawiciele „młodej lewicy” czy „ludu smoleńskiego”.

Po brutalnym rozpędzeniu Miasteczka zawiązała się Inicjatywa „Prawo do Miasta”. Jej założycielami byli anarchiści, zarówno zrzeszeni w obu lokalnych sekcjach Federacji Anarchistycznej, jak i spoza niej, działaczki lokatorskie i osoby ze środowiska Krytyki Politycznej. Celem Inicjatywy było kontynuowanie walki o odzyskanie miasta przez mieszkańców. „Stoimy na stanowisku, że na gruncie demokracji przedstawicielskiej nie jest możliwa zmiana tej sytuacji [politycznej mieszkańców]. Żądamy podporządkowania procesu decyzyjnego w mieście potrzebom mieszkańców i mieszkanek.” – stanowi manifest IPdM. Inicjatywa w swoich postulatach mocno powiązała elementy polityczne (partycypacja), gospodarcze i społeczne (zaprzestanie prywatyzacji i komercjalizacji, kwestie zadłużenia). Inicjatywa miała być otwarta dla każdego i rządzić się konsensusem.

Po manifeście przyszły jednak wakacje i Inicjatywa stopniowo popadła w bezruch. Na jesieni, zasilona nowymi osobami, m.in. z Krytyki Politycznej czy przyszłymi członkami Polskiej Partii Socjalistycznej, zaczęła szukać kierunków i form działania. Członkowie FA Kraków wycofali się z działalności Inicjatywy, już to ze względu na brak czystości ideowej kolektywu (udział „Krypoli” i partyjnych), już to z braku czasu i chęci do pracy.

Późną jesienią zaczęły się działania, w bardzo konkretnych 3 kierunkach „obronnych” i jednym pozytywnym. Wśród tych pierwszych znalazły się „Okrągłe Stoły” – mieszkaniowy i edukacyjny, w których przedstawiciele IPdM i in. inicjatyw stawiali opór prywatyzacyjnym zakusom władz miasta i pomysłom likwidacji szkół. Trzecim kierunkiem „obronnym” była krytyka pomysłu organizowania Igrzysk. Czytano otwarty list do radnych, lobbowano poprawki do budżetu, pisano interpelację poselską.

Zimą nasiliły się protesty zw. z pomysłami likwidacji części szkół, w tym duża demonstracja pod magistratem, następnie wiosną – okupacje szkół. Jednym z głównych organizatorów działań zw. z edukacją był Tomek Leśniak z „KP”, obecny kandydat na prezydenta miasta. Dalszy rozwój sprawy igrzysk zahamowano na wniosek części uczestników, którzy mówili „spoko, spoko, Tomek coś szykuje, coś wymyśli”.

Natomiast projektem pozytywnym był pilotażowy projekt budżetu partycypacyjnego w jednej z 18 dzielnic Krakowa, pn. „Priorytet Obywatelski”. Projekt, początkowo szerzej angażujący Inicjatywę ostatecznie ciągnęli głównie anarchiści. O jego wynikach można przeczytać w raporcie FA Kraków.

Na wiosnę PdM przygotował jeszcze Forum Mieszkanek i Mieszkańców Krakowa, konferencję ruchów oddolnych i organizacji pozarządowych. Potem przyszło lato, a wraz z nim gorączkowa akcja zbierania uwag w ramach konsultacji społecznych do projektu studium zagospodarowania przestrzennego miasta.

Tymczasem ws. igrzysk,

wobec zapowiedzi działań propagandowych władz, w październiku ruszyła strona Kraków Przeciw Igrzyskom – inicjatywa Tomka Leśniaka, co można uznać za początek kampanii, jak widać – poza PdM. Wobec wzajemnej rezerwy środowisk KP i FA, ta ostatnia nie zaangażowała się w KPI, choć ją poparła. Działania miały charakter medialny (Facebook, blogi, media lokalne, debaty, z czasem doszła forma otwartych spotkań i demonstracji, oraz list otwarty ws. referendum). Wkrótce KPI ogłosiła postulat referendum, a doprowadzenie do jego uchwalenia było pierwszym z 2 sukcesów KPI.

Skąd wziął się ten sukces? Czynniki, moim zdaniem, były następujące:

  • Determinacja i upór grupki aktywistów, połączony z dużym zaangażowaniem czasowym.
  • Dobrze wymierzony cel (referendum).
  • Słaby przeciwnik, wciąż strzelający sobie w kolano i posiadający bardzo wielu przeciwników, chętnych do dołożenia magistratowi. Prócz KPI działały tu Polska Razem, różne drobne organizacje polityczne i stopniowo zmieniający front radni rozmaitych klubów.
  • Sam pomysł igrzysk – po prostu idiotyczny.

Jednakże uchwała Rady Miasta dotycząca referendum dodała o wiele więcej niż łyżkę dziegciu do tej beczki miodu – radni „dorzucili” pytania o ścieżki rowerowe, metro i monitoring wizyjny. Sformułowane zresztą demagogicznie. Do dziś trwają spory po co – czy była to tylko złośliwość w stylu „i tak wam pokażemy”, czy również alternatywa mniejszego skoku na kasę zamiast większego (po upadku pomysłu igrzysk, zawsze można zarobić na monitoringu, po 50 tys. zł od kamery).

I tu cała „strona społeczna” poległa całkowicie, zignorowawszy problem. Anarchiści nie docenili zagrożenia. Ekipa KPI – ustami Tomka Leśniaka – mówi, że brakło czasu: „Jedynie kilka tygodni dzieliło uchwalenie dodatkowych pytań od referendum. W przypadku metra nie było danych do dyskusji – dopiero teraz trwa Kompleksowe Badanie Ruchu, a za rok mają być wyniki tzw. „analizy ruchowej”. Podobnie w przypadku monitoringu – można się było opierać jedynie na doświadczeniach innych miast, jak np. Londynu. Tak więc argumenty były dość słabe, a czasu na ich przekazanie niewiele. Samą facebookową stronę KPI budowaliśmy przecież wiele miesięcy, i nie miała ona wielkiej rzeszy fanów.”

Mnie argument o argumentach – braku danych do dyskusji – nie przekonuje. Ostatecznie argumentacja kampanii przeciw igrzyskom nie była bardziej rozbudowana niż naprędce skleconej, tygodniowej kampanii przeciw monitoringowi, którą zrobiliśmy w kilka osób (anarchiści z partyjnymi w przykładnej współpracy), obudziwszy się z ręką w nocniku po ostatnim przedreferendalnym sondażu. Teraz władza ma nas w szachu, bo przecież „vox populi”.

No ale igrzyska przepadły z kretesem, i trzeba przyznać, że w kampanii referendalnej KPI zrobił wszystko co mógł: Od niemal pełnego przekonania mediów, poprzez skargę sądową na nieuczciwą kampanię ze strony urzędu (proces w trybie wyborczym KPI przegrał, ale skompromitował zarówno „władze” miasta, jak i wymiar „sprawiedliwości”), po zbiórkę datków na druk plakatów. I wierzę, że mogli nie mieć już głowy do monitoringu czy metra.

Co dalej?

Ano KPI startuje w wyborach samorządowych. Start Tomka na prezydenta jest oczywiście wybiegiem dla przejęcia większej uwagi mediów. Ambicją „komitetu wyborczego” KPI jest zdobycie kilku mandatów w Radzie Miasta. Na pytanie, czy nie boją się alienacji, otrzymałem jedną wręcz histeryczną reakcję, ale Tomek twierdzi, że brak realnej szansy na trwałą koalicję z którymkolwiek z pozostałych ugrupowań w RM oznacza również brak pokus. „W Radzie Miasta będziemy przedłużeniem ruchów miejskich, ale – jako przedstawiciele władzy – podlegając krytyce. Nie wyobrażam sobie, że po wyborach miałoby nastąpić ograniczenie działalności ruchów miejskich czy organizacji pozarządowych.” – mówi. Wskazuje na mandaty radnych jako na znaczne rozszerzenie możliwości ruchów oddolnych, które w Krakowie dotąd mogą działać jedynie reaktywnie – protestując (co nie jest do końca prawdą, jak widać na przykładzie budżetów partycypacyjnych).

Jednak członkowie Inicjatywy Prawo do Miasta mają prawo do wątpliwości – otóż jakiś czas temu doszło do bardzo słabo „ogłoszonego” spotkania Inicjatywy, na którym przegłosowano głosami członków KP i partii politycznych – wbrew zasadzie konsensusu – zawieszenie jej działalności. Anarchiści zaprotestowali i… utracili możliwość administrowania internetowymi mediami IPdM. Na szczęście wszystko szybko wróciło do normy i Inicjatywa póki co działa. Co istotne, do całej sytuacji na pewno by nie doszło, gdyby anarchiści brali bardziej aktywny udział w życiu IPdM. W stosunku do kolegów z partii sprawdza się bowiem leninowska maksyma o kontroli jako podstawie zaufania.

Wnioski dla ruchu anarchistycznego

Działania KPI były skuteczne, bo skoncentrowane, długotrwałe i prowadzone z determinacją. Podobnie rzecz się ma np. z Krakowskim Alarmem Smogowym. Te inicjatywy łączy wspólna cecha – działają w nich ludzie mający dużo wolnego czasu – studenci lub pracujący elastycznie (pracownicy naukowi, przedsiębiorcy). „Nasz” długotrwały projekt, wymagający podobnego zaangażowania – cząstkowy budżet partycypacyjny Dzielnicy I – wyczerpał nas do cna. Kampania przeciw kamerom – w sumie 2 tygodnie – była prowadzona przez 2-3 osoby, w tym jedną mieniącą się anarchistą.

Jednocześnie trzeba powiedzieć, że KPI również robiła ekipa nieliczna i że Kraków Przeciw Kamerom również odniósł – jak na czas trwania – pewne sukcesy. Czyli – da się doprowadzić nawet do poważnych – choć cząstkowych, izolowanych – zmian w mieście wielkości Krakowa w kilka osób.

Warto wybierać projekty, czy inicjatywy, które chcemy i możemy zrealizować. A to co się rozpocznie, trzeba bezwzględnie doprowadzić do udanego końca.

Ponieważ jednak czas to nie pieniądz, należy się zastanowić, skąd wziąć „roboczogodziny”. Rozwiązaniem wydaje się być praca nad własną tożsamością i funkcją grup „anarchistów politycznych” (bo przecież nie każdy anarchista jest działaczem politycznym). Moim zdaniem grupa taka powinna stanowić oś, czy punkt zborny różnych inicjatyw, pokazywać nie-anarchistom metody i podstawowe idee oddolnej samoorganizacji. Czyli powrót do pierwotnej koncepcji Prawa do Miasta i ponowne zadbanie o ten byt. W ten sposób zyskalibyśmy szansę na więcej rąk do pracy, lepszą spójność „ruchu miejskiego” z ideami anarchistycznymi, a co za tym idzie także wieloraki wpływ na poszczególnych ludzi i społeczność miasta.

Wypowiedzi Tomka Leśniaka pochodzą z nie opublikowanego wywiadu, jakiego udzielił mi na początku lipca.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *