Syndrom sztokholmski

Kolejna afera taśmowa nie wstrząśnie rządem. Fabrykant P. nie wystraszy się związkowców, ale systematycznie ich pozwalnia i przerzuci się na agencje pracy czasowej. Co łączy te nie-wydarzenia? Dlaczego łączy? I czy można coś z tym robić?

W zeszły wtorek Inicjatywa Pracownicza pikietowała przed sklepem Aelii na lotnisku w Balicach w obronie bezprawnie zwolnionej pracownicy. Pikieta została przerwana przez straż lotniska, NA WNIOSEK PRACOWNICY SKLEPU. Chciałoby się powiedzieć: durna dziewucho, po której jesteś stronie? Tak lubisz za półdarmo – jak mówi pan minister – robić im laskę?

Niestety, durna i chętna okazuje się większość społeczeństwa, wraz z jego mechanizmami. Bardzo zbliżona do „taśm ‚Wprost’” scenariuszem i meritum afera Rywina doprowadziła do zasadniczej zmiany w systemie partyjnym (co oczywiście nie jest równoznaczne z zasadniczą zmianą w ogóle). „Taśmy Beger” – właściwie to samo, tylko parę lat później – były przyczyną zmian personalnych w rządzie. Afera taśmowa A.D. 2014 skończy się na kilku demonstracjach zorganizowanych przez partie następne w kolejce do koryta (jak było i w przypadku „taśm prawdy”) oraz serii memów internetowych.

Dlaczego? Degrengolada „elit”, począwszy mniej-więcej od prowokacji bydgoskiej, postępuje w parze z obezwładnieniem „mas”. Oni są coraz bardziej bezczelni, w miarę jak my – coraz bardziej bierni. I odwrotnie.

Popatrzmy na inny przykład: „Walki związkowe” w zakładzie P. Działacze tłumaczą robotnikom: Danej akcji się nie da przeprowadzić, inna byłaby nielegalna, pikieta pod zakładem dla czegoś nie wyszła. Z żądań płacowych i postulatu ludzkiej organizacji pracy związek (ten w cudzysłowie i dużą literą) przeszedł do żądania tablicy ogłoszeń. Za cenę głów kilku porządnych gości, zmuszonych do odejścia. Tymczasem grupami po kilkanaście-kilkadziesiąt osób zwalnia się pracowników etatowych i rozszerza współpracę z agencjami pracy tymczasowej. Czyli nadbudowa na oddolnym ruchu zrobiła swoje, zupełnie jak w skali ogólnokrajowej robi od lat 80: przejąć inicjatywę, skanalizować, rozbroić, przekonać że to dla naszego dobra. Efekt – zniechęcenie robotników prowadzi do pogorszenia ich sytuacji, nawet w porównaniu ze stanem sprzed założenia związku. Przy akompaniamencie skomleń związkowców, że nie chcą się wtrącać w zarządzanie (to w co, do cholery?). Robotnicy już nie pisną.

Czy rzeczywiście te trzy sytuacje są symptomami jednego zjawiska? Może syndromu sztokholmskiego. Mówią, że jest on mechanizmem obronnym. Jak pisze psycholog, Anna Błoch-Gnych, „by zaistniał, muszą wystąpić określone warunki. Ofiara:

  • spostrzega, że jej przeżycie zależy od dobrej woli sprawcy;
  • nie widzi możliwości ucieczki;
  • dostrzega drobne uprzejmości ze strony sprawcy;
  • jest izolowana od perspektyw odmiennych od perspektywy sprawcy.”

Proste? Proste. Syndrom sztokholmski mamy nie tylko w terroryźmie prywatnym (jak napady na banki, przemoc domowa), ale też „publicznym” (jak napady banków, przemoc władzy politycznej). Zależność od dobrej woli sprawcy – mamy we wszystkich trzech przytoczonych przypadkach. Niedostrzeganie alternatyw – a jakże. Drobne uprzejmości ze strony sprawcy – no cóż, dziewczyna z Aelii w ogóle ma pracę, społeczeństwo ma igrzyska i trochę chleba, robotnicy u P. dostali w końcu tablicę. Izolowanie od perspektyw odmiennych? Otwórz podręcznik historii, włącz telewizor.

Psycholog radzi: „Żeby wyjść ze związku, w którym rozwinął się syndrom sztokholmski, ważne jest wsparcie i pomoc najbliższych. Należy podkreślać, że ofiara może liczyć na naszą pomoc, że ją kochamy i zawsze staniemy po jej stronie. Nie należy wywierać zbyt dużej presji, potępiać lub oceniać.” Zaiste, trudna rada – przyznać, że może ta dziewczyna z Aelii niekoniecznie jest durna. Kiedy ma się ochotę tego czy owego sprać po pupie, przypomina się, że rewolucja ma się zacząć w nas.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *